do ministra rolnictwa i rozwoju wsi
w sprawie degradacji łąk i systemów retencji rolniczej w wyniku ideologicznej transformacji rolnictwa pod pretekstem "zielonej energii"
Zgłaszający: Jarosław Sachajko
Data wpływu: 29-06-2025
Szanowny Panie Ministrze,
w przestrzeni publicznej od lat lansowany jest modny ideologiczny postulat: „mniej wołowiny – dla dobra klimatu”. To pozornie niewinne hasło, promowane przez środowiska „ekologiczne” i międzynarodowe instytucje, niesie w rzeczywistości poważne skutki dla rolnictwa, krajobrazu i gospodarki wodnej Polski. Mniej wołowiny oznacza mniej bydła. Mniej bydła to mniej łąk. A mniej łąk to utrata naturalnej retencji wodnej, filtracji biogenów, produkcji paszy, bioróżnorodności i funkcji ochronnych gleby.
Rolnikowi, który przez pokolenia utrzymywał łąki, nie proponuje się dziś wsparcia w kontynuowaniu tradycji. Przeciwnie – poszukuje się dla niego „nowego zajęcia”, zgodnego z ideologią epoki. A czego dziś rzekomo „potrzebuje społeczeństwo”? Energii. Energii do zasilania centrów danych, Internetu rzeczy, algorytmów sztucznej inteligencji i kopalni kryptowalut. A skoro energia, to przecież „zielona” – nie z węgla, ale też nie z małych elektrowni wodnych, bo te – jak się okazuje – przeszkadzają rybom.
Dla wielu „zielonych” aktywistów koło wodne na wiejskim młynie jest wrogiem ekosystemu. Ale nie przeszkadza im, że dziesiątki tysięcy hektarów łąk zamieniono w pola kukurydzy na bioetanol, który z definicji jest „zielony” tylko z nazwy. Z kolei ryby zniknęły nie przez koła wodne, ale przez likwidację łąk, które oczyszczały wodę, oraz dewastację systemów nawodnień – zastawek, rowów, grobli i drenowań. Dawniej woda z rzek trafiała na łąki i tam się oczyszczała. Dziś woda stoi w zbiornikach retencyjno-rekreacyjnych – mętna, zgniła, pozbawiona tlenu. I to od tej wody ryby zdychają, nie od zaburzonej migracji.
Ci sami propagatorzy „antymelioracyjnych filozofii”, którzy jeszcze wczoraj likwidowali urządzenia retencyjne jako „szkodliwe dla środowiska”, dziś – razem z naukowcami – promują powrót do paleolitu w postaci paludikultury, czyli rolnictwa bagiennego, którego jedynym realnym osiągnięciem jest zajęcie kilku dziesiątek hektarów w ramach europejskiego pilotażu. Tymczasem setki tysięcy hektarów dawnych TUZ przekształcono pod kukurydzę, która – co znamienne – została oficjalnie uznana za „element bioróżnorodności” w komunikatach ministra rolnictwa i ośrodków doradztwa rolniczego.
Brakuje odwagi, by odbudować to, co naprawdę działało: lokalne piętrzenia, małe młyny wodne, naturalne rowy, urządzenia nawodnień i systemy retencji powiązane z tradycyjnym użytkowaniem łąk i wypasem bydła. Kolejni ministrowie nie mieli czasu zlecić, a Instytut Melioracji i Użytków Zielonych - opracować, rzetelnego systemu wyceny usług ekosystemowych pełnionych przez rolników. Nie mieli czasu – bo cała energia naukowa została skierowana na innowacje w postaci kukurydzy, bioetanolu i paludikultury.
Polska wieś nie potrzebuje sloganów, tylko szacunku. Rolnictwo tradycyjne to nie relikt przeszłości, ale źródło bezpieczeństwa żywnościowego, wodnego i klimatycznego. Potrzebujemy odwagi, by nie promować eksperymentów dla ideologii, ale odbudować to, co działało przez wieki – systemy nawodnień, piętrzeń, łąk, wypasu i gospodarowania wodą w zgodzie z cyklem przyrody.
W świetle powyższego proszę Pana Ministra o odpowiedź na następujące pytania: