do ministra klimatu i środowiska
w sprawie kosztów transformacji energetycznej, systemu ETS, narastających kosztów bilansowania OZE, zagrożenia utratą konkurencyjności polskiego przemysłu oraz konieczności przedstawienia rządowego planu dojścia do ceny energii na poziomie ok. 300 zł/MWh
Zgłaszający: Jarosław Sachajko
Data wpływu: 29-05-2026
Szanowny Panie Premierze,
energia nie jest zwykłym towarem. Energia jest krwią gospodarki. Od jej ceny zależy, czy w Polsce będą: produkcja, przemysł, nawozy, stal, cement, chemia, żywność, miejsca pracy i bezpieczeństwo państwa. Jeżeli energia jest droga, wszystko staje się drogie: chleb, nawozy, transport, mieszkania, usługi publiczne, obronność, ochrona zdrowia i codzienne życie polskich rodzin.
Dlatego nie wolno dłużej udawać, że obecny kierunek transformacji energetycznej jest neutralny kosztowo. Nie wolno powtarzać propagandowego hasła, że im więcej niestabilnych źródeł odnawialnych, tym automatycznie tańsza energia. Praktyka pokazuje coś przeciwnego: im więcej źródeł pogodowo-zależnych bez odpowiedzialności za bilansowanie, tym większe koszty sieci, rezerw, magazynów, redysponowania, opłat mocowych, dopłat, kontraktów różnicowych i ukrytych parapodatków na rachunkach odbiorców.
Raport Polskiego Towarzystwa Gospodarczego: „Konkurencyjność czy transformacja (https://300zlmwh.pl). Nowa mapa energetyczna Polski“ stawia tezę, której rząd nie może zignorować: wysokie ceny energii w Polsce nie są nieuchronnym skutkiem natury ani geopolityki, ale konsekwencją przyjętego modelu systemowego. Jeżeli model jest błędny, to rachunek płaci gospodarka. A jeżeli rząd nie chce tego modelu zmienić, to rachunek zapłacą: obywatele, przemysł, samorządy i przyszłe pokolenia.
Polski przemysł nie może konkurować w sytuacji, w której firmy energochłonne muszą mierzyć się z cenami energii nieporównywalnymi z cenami u konkurentów z innych państw. Jeżeli we Francji, dzięki energetyce jądrowej i historycznym kontraktom, energia dla części przemysłu jest wielokrotnie tańsza, a w Niemczech rząd wspiera energochłonne firmy dopłatami, to Polska, która biernie przyjmuje unijny system ETS i rosnące koszty systemowe, sama wypycha własny przemysł za granicę.
To nie jest transformacja. To jest deindustrializacja pod hasłem ekologii!
Szczególnie bulwersujący jest system ETS. Polska, jako kraj o niższym poziomie zamożności niż najbogatsze państwa Europy Zachodniej, ponosi nieproporcjonalnie wysokie koszty w relacji do PKB. System ten uderza w kraje, które historycznie miały inną strukturę energetyczną i które przez dziesięciolecia były zmuszone budować swój przemysł w oparciu o własne zasoby. Tymczasem państwa bogatsze, często korzystające z energetyki jądrowej, hydroenergetyki albo korzystniejszych historycznie warunków, uzyskują przewagę konkurencyjną.
Trzeba powiedzieć jasno: ETS w obecnym kształcie jest mechanizmem drenującym konkurencyjność polskiej gospodarki. Jeżeli rząd uważa inaczej, powinien przedstawić pełny rachunek: ile Polska płaci, ile odzyskuje, ile traci przemysł, ile płacą gospodarstwa domowe, ile kosztują dopłaty łagodzące skutki drogiej energii i ile miejsc pracy może zostać utraconych przez ceny energii.
Kolejnym problemem są koszty bilansowania OZE!Obecny model jest głęboko niesprawiedliwy: inwestor w źródła pogodowo-zależne korzysta z preferencji, pierwszeństwa, dopłat, gwarancji i kontraktów, a gdy nie wieje albo nie świeci, system ma go ratować. Gdy świeci i wieje za dużo, system ma ograniczać produkcję, rozbudowywać sieci, finansować magazyny i rekompensować koszty. W praktyce oznacza to, że zyski są prywatyzowane, a koszty systemowe uspołeczniane. To jest patologia rynku energii.
Jeżeli farma wiatrowa albo fotowoltaiczna chce sprzedawać energię do Krajowego Systemu Elektroenergetycznego, powinna odpowiadać za własne bilansowanie. Jeżeli ktoś deklaruje moc, powinien zapewnić moc. Jeżeli nie potrafi jej zapewnić, powinien pokryć koszt rezerw, magazynowania, usług bilansujących i rozbudowy sieci. Nie może być tak, że zwykły obywatel, mała firma, rolnik, piekarnia, huta, cementownia albo szkoła płacą w rachunkach za ryzyko biznesowe inwestora OZE.
Nie może być tak, że mówimy ludziom o „darmowym wietrze i słońcu“, a potem dokładamy im: opłatę mocową, opłatę OZE, opłatę kogeneracyjną, koszty sieci, koszty redysponowania, koszty rezerw, koszty magazynów i koszty kontraktów różnicowych.
Szczególnego wyjaśnienia wymagają kontrakty różnicowe, zwłaszcza dla morskiej energetyki wiatrowej i innych projektów wymagających wieloletnich gwarancji. Jeżeli państwo gwarantuje inwestorowi cenę przez 25, 30 albo 40 lat, to w istocie obciąża rachunki Polaków na pokolenia. Jest to forma zaciągania zobowiązań poza klasycznym długiem publicznym. Obywatele mają prawo wiedzieć, ile wyniosą te zobowiązania, kto je poniesie i dlaczego prywatny albo zagraniczny inwestor ma mieć zagwarantowany zysk, a polska rodzina ma mieć niepewny rachunek.
Raport PTG wskazuje także na ryzyko deficytu mocy w okresach zimowych, szczególnie przy jednoczesnym wygaszaniu źródeł cieplnych i wzroście elektryfikacji ciepłownictwa, transportu oraz rozwoju energochłonnych technologii, takich jak centra danych. Jeżeli rząd jednocześnie likwiduje stabilne moce, rozbudowuje niestabilne źródła i zachęca do elektryfikacji kolejnych sektorów, to musi odpowiedzieć na proste pytanie: z czego Polska ma mieć prąd w bezwietrzny, mroźny, zimowy wieczór?
Nie z deklaracji. Nie z konferencji klimatycznych. Nie z folderów reklamowych. Tylko z realnych, dyspozycyjnych źródeł energii.
Polska potrzebuje transformacji, ale transformacji rozumnej, państwowej i rachunkowej. Transformacji, która nie niszczy przemysłu, nie podnosi rachunków, nie uzależnia nas od importu gazu, technologii i surowców krytycznych, nie przerzuca kosztów na obywateli oraz nie zamienia bezpieczeństwa energetycznego w zakład pogodowy.
Energia za ponad 1000 zł/MWh dla części firm to nie jest polityka rozwoju. To jest polityka likwidacji przemysłu.
Transformacja, która wymaga wiecznych dopłat, ukrytych opłat, gwarantowanych kontraktów, coraz droższych rachunków i ryzyka blackoutu, nie jest sukcesem. Jest dowodem błędnego modelu.
Polska potrzebuje energetyki, która służy obywatelom, przemysłowi i bezpieczeństwu państwa. Nie energetyki podporządkowanej ideologicznym celom, interesom zagranicznych dostawców technologii i księgowym sztuczkom, w których koszt ukrywa się przed obywatelem pod nazwą kolejnej opłaty.
Rząd powinien odpowiedzieć jednoznacznie: czy wybiera konkurencyjność Polski, czy dalszą transformację na kredyt, w rachunkach, podatkach i cenach wszystkiego, co kupują Polacy.
W związku z powyższym proszę o odpowiedź na następujące pytania:
Oczekuję odpowiedzi precyzyjnej, liczbowej i porównawczej na każde pytanie. Nie wystarczą ogólne formuły o transformacji, dekarbonizacji i europejskich zobowiązaniach. Polacy mają prawo wiedzieć, ile ta polityka kosztuje, kto na niej zarabia, kto za nią płaci i czy rząd ma plan obniżenia cen energii dla gospodarki.
Z poważaniem