10. kadencja, 67. posiedzenie, 1. dzień (20-10-2026)

4. punkt porządku dziennego:

Sprawozdanie Komisji Zdrowia o rządowym projekcie ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych innych ustaw (druki nr 3157 i 3193).

Poseł Fryderyk Sylwester Kapinos:

    Szanowna Pani Marszałek! Wysoka Izbo! W imieniu Klubu Parlamentarnego Rozwój Plus przedstawiam stanowisko wobec rządowego projektu z druku nr 3157.

    Zacznijmy od tego, skąd się ten projekt wziął. Polacy dowiedzieli się o 27-letnim lekarzu bez specjalizacji, radnym z list Koalicji Obywatelskiej, który w szpitalu południowym zarobił w jeden rok 1600 tys. zł. Kontrola potwierdziła nieprawidłowości w grafikach SOR-u, a prokuratura sprawdza, czy nie sfałszowano ewidencji czasu pracy. To był problem nieuczciwości i braku nadzoru.

    A jak odpowiedział rząd? Zamiast ukarać nieuczciwych, karze wszystkich. Wprowadza sztywne limity: 240 zł za godzinę, nie więcej niż dwa etaty i ok. 77 tys. zł miesięcznie. Ogranicza kontrakty, jeśli chodzi o spółki i spółdzielnie lekarskie. A umowy, które nie spełnią nowych wymogów, wygasną po 6 miesiącach.

    Powiem, co się stanie w praktyce. Sufit bardzo szybko stanie się podłogą. Maksimum zapisane w ustawie zostanie w negocjacjach uznane za absolutne i niepodważalne minimum. Najbardziej zapłacą za to wszystko szpitale powiatowe, które już dziś walczą o każdego specjalistę. Nawet pani poseł z partii Razem, partii z zupełnie innej strony sceny politycznej, mówiła w komisji, że zostaliście grabarzami szpitali powiatowych.

    Ten projekt ma też drugie dno. Na mocy tych przepisów będzie można rozwiązać umowę z kobietą w ciąży czy z osobą w wieku przedemerytalnym. Z pracy mogą wypaść lekarze, którzy prowadzą pacjentów onkologicznych. Pracodawcy i związkowcy alarmowali, że nikt im nie pokazał oceny skutków. Wnioskowaliśmy o wysłuchanie publiczne. Odrzuciliście je. Analizy skutków strona społeczna musi robić sama, bo ministerstwo ich nie przygotowało.

    Wysoka Izbo! Ta ustawa to bubel. Ale nie wystarczy krytykować. Dlatego przynosimy rozwiązanie. Nazywamy je lex Kacprzyk. Zasada jest prosta. Lekarz, który poświadcza nieprawdę co do czasu pracy, miejsca udzielania świadczeń albo wykonywanych procedur, który wystawia fałszywe zwolnienie lub receptę, traci prawo do pracy za publiczne pieniądze - za pierwszym razem na czas określony, za drugim razem dożywotnio. Decyzję wydaje prezes NFZ-u, a lekarz ma prawo odwołać się do sądu. Zakaz jest jawny. Szpital, który mimo to dopuszcza takiego lekarza do pracy, płaci karę. A lekarz, który przyjmuje prywatnie, musi poinformować pacjenta, że oszukiwał publiczny system.

    To są sprawy zero-jedynkowe. Nie chodzi o błąd w sztuce, tylko o fałszowanie dokumentów i wyciąganie pieniędzy z NFZ-u. Przypadki z Mogilna czy Miastka pokazują, że obecny system odpowiedzialności zawodowej po prostu nie działa. Lepiej uderzyć w nieuczciwych, niż obciąć wynagrodzenia tysiącom uczciwych lekarzy, pielęgniarek i ratowników.

    W komisji pan minister Maciejewski powiedział, że nie może przedstawić stanowiska rządu, i zaproponował, żeby wrócić do tego przy kolejnej ustawie o izbach lekarskich.

    Panie ministrze, to klasyka tego rządu: naprawimy - ale kiedyś. Ustawa o izbach lekarskich jeszcze nie istnieje, a fałszywe dyżury dzisiaj istnieją. Dlatego klub Rozwój Plus składa w drugim czytaniu poprawki wprowadzające lex Kacprzyk. Jeśli większość je poprze, będziemy mogli rozmawiać o tej ustawie. Jeśli odrzuci, zagłosujemy przeciw, bo ta ustawa w obecnym kształcie nie uderza w patologię, tylko w szpitale i pacjentów. Dziękuję.


Przebieg posiedzenia