9. kadencja, 65. posiedzenie, 2. dzień (04-11-2022)
Oświadczenia.
Poseł Jan Warzecha (tekst niewygłoszony):
Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! ˝Prąd z atomu popłynie w Polsce w 2020 r.˝ - takie zapewnienie wypowiedział premier i szef Platformy Obywatelskiej Donald Tusk. Podsumujmy, jak wyglądała rzeczywistość.
Muszę zacząć od tego, jak PO roztrwoniła ogromne plany inwestycyjne. W 2009 r. rząd PO-PSL pod wodzą Donalda Tuska podjął uchwałę o konieczności budowy elektrowni jądrowych w Polsce i realizacji ˝Programu polskiej energetyki jądrowej˝. Przyjęty został także ˝Harmonogram działań na rzecz energetyki jądrowej w Polsce˝. Wyszacowano koszty na poziomie 50 mld zł.
Rząd Tuska wpisał energetykę jądrową jako jeden z priorytetowych kierunków rozwoju polskiej energetyki do ˝Polityki energetycznej państwa˝. Utworzono w tym celu dwie spółki mające zająć się budową elektrowni atomowej w Polsce. Prezesem dwóch spółek jądrowych PGE EJ i PGE EJ 1 został były poseł PO i były minister Skarbu Państwa Aleksander Grad. Jego pensja z tych spółek sięgała aż 100 tys. zł na miesiąc. Na tym nie koniec z kolosalnymi zarobkami. Prezesi mieli także prawo do rocznych nagród (często będących wielokrotnością tych miesięcznych wynagrodzeń), a także inne przywileje, które sumarycznie określano mianem tzw. złotych spadochronów. Obydwie spółki zatrudniały wielu pracowników z wysokimi wynagrodzeniami, a przygotowanie budowy elektrowni i wszelkie analizy z tym związane miały kosztować ok. 1,5 mld zł. Prezes Aleksander Grad podczas Forum Ekonomicznego w Krynicy w 2012 r. przekonywał, że ˝w wersji optymistycznej pierwszy blok jądrowy może zostać uruchomiony w 2023 r., natomiast projekt bazowy zakłada jego start w 2024 r.˝. To już był poślizg o 3-4 lata w stosunku do zapewnień Donalda Tuska.
Kiedy nominowana przez Tuska na premiera Ewa Kopacz stała na czele rządu i Platformy Obywatelskiej, stwierdziła: ˝W przeciwieństwie do moich oponentów politycznych nie mam w tyle głowy po cichu budowania elektrowni atomowych˝. Tak wyglądała polityka poprzedników PiS.
Zupełnie inaczej sytuacja wygląda za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Podjęta w tych dniach przez ten rząd decyzja o budowie elektrowni jądrowej w Polsce to bardzo dobra odpowiedź na działania Rosji, która przekształciła energię w broń i narzędzie szantażu.
W przedziale czasowym od 8 do 12 lat będziemy stabilizować ceny energii w Polsce w oparciu o duże i małe reaktory jądrowe, tzw. SMR-y. Powstaną trzy duże elektrownie jądrowe. Jedna elektrownia ma zostać wybudowana przez amerykański koncern, druga we współpracy z Koreańczykami.
Gdy sfinalizujemy te ogromne inwestycje, będziemy niezależni od wahań cenowych różnych surowców za granicą, w szczególności gazu, którego mamy za mało, węgla, którego wydobywamy pod naciskiem UE również za mało i z tego powodu importowali go prywatni przedsiębiorcy. Do miksu energetycznego dołączą także morskie elektrownie wiatrowe, lądowe elektrownie wiatrowe oraz dynamicznie rozwijająca się fotowoltaika.
Dobrze wiemy, że słońce nie zawsze świeci, wiatr nie zawsze wieje, w związku z czym elektrownie jądrowe będą pomagały nas uniezależnić od tych kaprysów i wahań pogody oraz wahań rynkowych i giełdowych. Dlatego rząd Prawa i Sprawiedliwości planuje wraz z małymi SMR-ami budowę łącznie sześciu reaktorów jądrowych i rozważa budowę kolejnych.
Zgodnie z przyjętym przez Radę Ministrów harmonogramem budowa pierwszej polskiej elektrowni jądrowej rozpocznie się w 2026 r., a w 2033 r. powinien zostać uruchomiony pierwszy blok elektrowni jądrowej o mocy ok. 1-1,6 GW. Kolejne bloki mają być wdrażane co 2-3 lata, a cały program jądrowy rządu zakłada budowę bloków jądrowych o łącznej mocy zainstalowanej od ok. 6 do 9 GWe w oparciu o sprawdzone reaktory jądrowe generacji III (+).
Panie Marszałku! Wysoki Sejmie! Polacy oczekują tych inwestycji i pozostaje mieć nadzieję, że urzędnicy unijni nie staną na drodze tych ambitnych inwestycji.
Przebieg posiedzenia