9. kadencja, 70. posiedzenie, 1. dzień (11-01-2023)
10. punkt porządku dziennego:
Pierwsze czytanie rządowego projektu ustawy o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta (druk nr 2898).
Poseł Marcelina Zawisza:
Panie Marszałku! Panie Ministrze! Wysoka Izbo! Na ustawę o jakości i bezpieczeństwie pacjenta czekamy długo. W tym roku minie 18 lat od wydania rekomendacji Rady Europy w sprawie zarządzania bezpieczeństwem pacjentów i zapobiegania zdarzeniom niepożądanym w opiece zdrowotnej. To 18 lat doświadczeń innych krajów w konstruowaniu podobnych systemów i zbierania doświadczeń po ich wprowadzeniu. Było od kogo się uczyć i był na to czas. Niestety rząd Prawa i Sprawiedliwości zaczerpnął z tej mądrości dziurawą łyżką. Ustawa jest wybrakowana i zawiera rozwiązania, które będą utrudniać osiągnięcie jej celów.
Dużą kwestią jest zgłaszanie działań niepożądanych. Słusznie ustawodawcy stawiają sobie za cel zbieranie danych o zdarzeniach i eliminację systemowych ich przyczyn, ale na wstępie podkładają sobie nogę, bo ochrona przed represjami dotyczy w ustawie całego personelu placówki, jeśli tylko zdarzenie zostało zgłoszone za ich wiedzą i zgodą. Wszystko zatem jest świetnie, dopóki zdarzenie jest relatywnie niepokomplikowane i dotyczy jednej osoby, ale jeśli jest to sprawa rozłożona na wiele nakładających się czynników i kumulujących się zdarzeń, a tak jest z większością poważniejszych przypadków, medyk dokonujący zdarzenia musi się zastanawiać, czy jego koleżanka z innej placówki, która mogła mieć udział w powstaniu zdarzenia niepożądanego, zgadza się, by je zgłosić. A dzięki niezwykle krótkim terminom na zgłaszanie również musi się zastanawiać, czy koleżankę z innej placówki obejmie ochrona przed represjami ze względu na termin.
Ten system nie powinien tworzyć takich dylematów. Zgłoszenie zdarzenia niepożądanego powinno dawać medykowi pewność, że robi dobrze, być możliwe przez dłuższy czas, bo zdarzenia niepożądane mogą ujawniać się przez dłuższy czas. W Danii jest na to 30 dni. Dobry byłby również dostęp do zanonimizowanych danych zgłaszanych do systemu. Na ten moment ustawa przewiduje oczywiście publikacje przez placówki raportów zbiorczych, ale dostęp do samych danych zdarzeń nie będzie szeroki. I szkoda, bo taka jawność pomogłaby badać zjawisko naukowcom, ale także umożliwiłaby sprawowanie publicznej kontroli organizacjom pacjenckim i rzeczniczym.
Wreszcie sprawa jakości. Sam katalog wskaźników jakości jest zaskakująco wąski. Patrzymy w art. 4. Ten artykuł nie zawiera w ogóle odniesienia do spełnienia wymogów akredytacji. Brak w nim jakiegokolwiek monitoringu jakości procedur tworzonych przez placówki, za to znalazła się tam certyfikacja ISO, która odnosi się do czynności zarządczych. Czyli poświęcamy uwagę opiece nad papierami, ale na prawidłową konstrukcję procedur dotyczących opieki nad pacjentami miejsce w ustawie się niestety nie znalazło.
Rozmawiamy oczywiście słusznie o efekcie leczniczym, ale jeśli chodzi o powikłania, to będą one uwzględnione, tylko jeśli będą się wiązać z powtórną hospitalizacją. Inne dla naszego systemu pozostaną niewidzialne, widać nie są dla rządu godne uwagi.
Brak również bardzo ważnego punktu - poznamy opinie pacjentów o placówce, ale wskaźniki jakości nie obejmują żadnego sposobu badania opinii pracownic i pracowników. A nie muszę chyba szczególnie mocno podkreślać, że praca w zespołach, gdzie występuje mobbing czy molestowanie, wpływa znacząco na jakość pracy zatrudnianych medyków.
Sprawa płacenia za jakość. To pięknie brzmi, natomiast pewien niepokój budzi lapidarna konstrukcja zapisów, które na poziomie ustawy wprowadzają ten mechanizm. Współczynniki korygujące poznałam na początku kadencji i to był mechanizm, który pod sztandarem jakości zlikwidowałby w szybkim tempie dostęp do oddziałów porodowych poza większymi miastami. Może z perspektywy ciepłego fotela w stolicy 40-kilometrowy dojazd wydaje się banalny, ale inaczej sprawa wygląda z punktu widzenia mieszkanki wsi pod Prudnikiem czy w Bieszczadach.
W ustawie mamy zapowiedź negatywnych bodźców dla placówek, bo nie czarujmy się, te współczynniki w NFZ będą służyły oczywiście w imię uniwersalnej jakości do zwijania ochrony zdrowia na terenach wiejskich i w mniejszych miastach. Będzie jakość w Warszawie i w Poznaniu, a w Namysłowie, Kluczborku i Oleśnie będzie nieczynne, bo nie było takiej jakości jak w Warszawie i w Poznaniu. Pacjenci sobie dojadą.
Muszę przyznać, że biorąc pod uwagę wzrost kosztów transportu publicznego w pociągu pendolino w promocji po 200 zł, może i nie dojadą. Bo jak pacjenci mają daleko, to nie docierają do szpitala na czas, panie ministrze, i po prostu umierają, ponieważ brak dostępu do ochrony zdrowia to coś, co niestety również dotyczy wykluczenia komunikacyjnego. Ustawa tej perspektywy dostępu poza wielkimi miastami nie uwzględnia. I tu pytanie do pana ministra, czy jest świadom tych zagrożeń, czy może o nich nie wie i za kilka lat będzie się dziwił, że w Polsce postępuje syndrom kodu pocztowego, jeśli chodzi o dostęp do ochrony zdrowia, gdzie miejsce zamieszkania decyduje o stanie zdrowia, mimo że tak bardzo dbaliśmy o jakość.
Ostatnia rzecz. To jest dobre, że więcej kompetencji przekazuje się rzecznikowi praw pacjenta. Mam nadzieję, że rząd Prawa i Sprawiedliwości przeznaczy również na ten urząd więcej środków, bo tego dramatycznie brakuje.
Klub Lewicy zagłosuje za skierowaniem ustawy do prac w komisji i zgłosi w trakcie (Dzwonek) jej prac poprawki. Dziękuję.
Przebieg posiedzenia