9. kadencja, 77. posiedzenie, 3. dzień (15-06-2023)

25. punkt porządku dziennego:

Sprawozdanie Komisji Infrastruktury oraz Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej o rządowym projekcie ustawy o zmianie ustawy o publicznym transporcie zbiorowym oraz niektórych innych ustaw (druki nr 3277 i 3348).

Poseł Dobromir Sośnierz:

    Ustawa po raz kolejny dosypuje pieniędzy do studni bez dna, jaką jest nierentowny transport. (Oklaski) Próbujemy na grunt transportu przeszczepić sposób działania znany np. ze służby zdrowia, gdzie już dawno empirycznie udowodniono, że dosypywanie pieniędzy do upaństwowionego centralistycznego systemu nie jest w stanie rozwiązać problemów. Nie ma takich pieniędzy, których nie jesteśmy w stanie przepalić na deficytowe przejazdy. Trzeba to sobie jasno powiedzieć, to jest worek bez dna. (Oklaski) Zawsze znajdą się ludzie, którzy będą chcieli kolejny przystanek, kolejna linię, kolejny autobus o kolejnej godzinie. To nie ma końca, potrzeby zawsze są większe niż możliwości.

    I jaki jest najlepszy model postępowania w takiej sytuacji, kiedy zasoby są ograniczone, a potrzeby nie? Najlepszym modelem rozwiązania takich sytuacji jest zdecentralizowany model rozproszonego podejmowania decyzji w specyficznej sieci neuronowej, jaką tworzą klienci i usługodawcy, czyli, mówiąc prościej, wolny rynek. Wolny rynek wymusza kierowanie ograniczonych zasobów tam, gdzie są najbardziej efektywnie wykorzystane, czyli tam, gdzie jest największa potrzeba. Metodą prób i błędów miliony klientów i tysiące przedsiębiorców próbują znaleźć punkt równowagi między swoimi możliwościami i oczekiwaniami.

    Urzędnik ma w takim razie dwie możliwości. Może podjąć taką samą decyzję, jaką podjęliby wolni ludzie w procesie dobrowolnej wymiany. Wtedy okej. Ale po co? Jeśli urzędnik miałby kopiować rynek, to będzie tylko zbędnym ogniwem spowalniającym proces. W dodatku nie zrobi tego przecież za darmo. Druga możliwość jest taka, że podejmie inną decyzję niż decyzja, którą podjęliby uczestnicy wymiany. To spowoduje, że jakiś autobus będzie kursował na mniej chcianej i mniej optymalnej trasie, czyli na gorszej. Czyli praca urzędnika może być albo zbędna, albo szkodliwa. (Oklaski) Urzędnik może więc spowodować tylko tyle, że ograniczone zasoby zostaną rozlokowane błędnie, czyli mniej efektywnie. I nie poniesie żadnych konsekwencji, bo za jego błędy zapłacą przecież podatnicy, a nie on. Im więcej pieniędzy przeżre system dofinansowania, tym więcej błędnych impulsów i zachęt zostanie wygenerowanych przez urzędników. Urzędnik zachęcający do nierentownego przewozu jest po prostu zawodowym sabotażystą pilnującym, żeby jedne autobusy jeździły przepełnione, a drugie puste. (Oklaski) Do tego się to tak naprawdę sprowadza.

    Na rynku regulowanym przez państwo coraz mniej opłaca się inwestować, chyba że dokładnie pod subwencję. Nikt nie może być pewny, że ktoś za publiczne pieniądze nie uruchomi zaraz deficytowej konkurencji, z którą nie będzie w stanie wygrać, nie mając dotacji. Nie mówię już o innych setkach przepisów, które zmieniają się jak w kalejdoskopie i powodują podniesienie bariery wejścia na rynek i podniesienie ryzyka. Dotyczy to każdego rynku, na który państwa wkracza. Sama tylko możliwość w ogóle, że państwo wejdzie na jakikolwiek rynek, natychmiast go deformuje. Nikt o zdrowych zmysłach nie wybuduje np. publicznego basenu na rynkowych zasadach, wiedząc, że w każdej chwili gmina może postawić nieopodal subsydiowany basen miejski. Taka inwestycja zwraca się latami, a nikt nie da gwarancji (Dzwonek), co komu strzeli do głowy po kolejnych wyborach. Jak wyglądałby handel, gdyby władze dopłacały do tych deficytowych sklepów? Możemy sobie tylko wyobrazić. Państwo powinno mieć konstytucyjny zakaz konkurowania ze swoimi obywatelami w jakichkolwiek usługach, do których wykonywania władza nie jest potrzebna, czyli właściwie w większości wypadków. (Oklaski)


Przebieg posiedzenia